Ponieważ w serialu każda górska lokalizacja w Tatrach oznaczona jest opisem wysokości nad poziomem morza – pozwolę sobie zauważyć, że ogólny poziom serialu najwyższy nie jest.
Borys Szyc jako Forst
Historię komisarza przeniesionego karnie z Krakowa do Zakopanego, napędza seria tyle tajemniczych, co eksponowanych i makabrycznych morderstw, które chce rozwiązać również karana wcześniej przez szefów była dziennikarka Szrebska (Zuzanna Saporznikow), obecnie youtuberka.
Czytaj więcej
„Tajemnicza śmierć na Giewoncie i Wiktor Forst, który nie będzie miał w tej sprawie z górki” – tak zapowiadany był nowy serial „Detektyw Forst” z B...
Nagie trupy wiszą ponad ziemią, czasami wysoko w górach, czasami brakuje im istotnej części ciała, często bywają też splątane jak balerony. Zaplątani w relacje, które przynoszą ewidentne konflikty interesów, są główni bohaterowie. Poczynając od Forsta, który ma romans z córką (Aleksandra Grabowska) swojego przełożonego inspektora Osicy (Andrzej Bienias), ten zaś musi znosić pozaregulaminowe uwagi komendanta – ewidentnie dyktowane „z góry”, że Forst to same kłopoty. Nie do końca obiektywna okaże się również piękna pani prokurator (Kamila Baar). Z czasem pojawia się wicepremier Rozwadowski (Artur Barciś) – na tle imponującej posiadłości oraz w czarnym mercedesie, zaś wątek jego syna i skrywanych przed ojcem zainteresowań jest ważny również dla policjantów, szczególnie jednego. A to przecież nie wszystko, bo sam Rozwadowski lubi bawić się inaczej niż większość. Dlatego często oglądamy sceny w prosektorium, gdzie lekarz (Piotr Kalisz), nie przejmując się obecnością truposzy, proponuje „slajsa” pizzy. Smacznego! Makabrycznych dań jest więcej. W sumie „Forst” to uczta dla smakoszy makabry.
Kluczem do całości jest czarno-białe zdjęcie z czasów okupacji. Jedni znają je w całości, inni pokawałkowane jak ciała denatów. Trzeba jednak przyznać, że jest znakomite, a wręcz demoniczne, zaklinające w jednym ujęciu przeszłość górali, zarówno kolaborujących z Niemcami, jak i domagających się sprawiedliwości, czyli mścicieli. Tym samym oglądalność „Forsta” będzie się żywić premierą „Białej odwagi” Marcina Koszałki, głośnej już i kontrowersyjnej od dawna, i na odwrót. Górale, Zakopane i Tatry trafiły więc do czyśćca historii i to nie tylko tej związanej z Tytusem Chałubińskim czy Witkacym.
Mróz kontra Żulczyk
Wracając zaś do sprawy poziomu „Forsta” - chwilami twórcy znajdują się w ewidentnej depresji, na szczęście są też wzloty i udane wyprawy na szczyty możliwości ekipy reżysera Daniela Jędroszka, skądinąd reżysera rewelacyjnego „Johnny’ego” o księdzu Kaczkowskim.
Czytaj więcej
Netflix zapowiada, że w tym roku otworzy biuro w naszym kraju, ma też w najbliższych planach produkcję 18 polskich filmów oraz seriali.
Walka o uwagę widza i o to, by napięcie rosło, rozpoczyna się na samym wierzchołku Giewontu, ponieważ już na samym początku – wiele tu nie spoileruję, pierwszego trupa mamy rozpiętego na słynnym krzyżu. Ale serial ogląda się nie dla truposzy, lecz dla Borysa Szyca, który w zeszłym roku w świecie streamingu zaproponował kreację czterdziestolatka Czułego w „Warszawiance” według scenariusza Jakuba Żulczyka. Niestety Forsta z Czułym łączy tylko to, że walczą z alkoholizmem. Potwierdziła się prawda, że Remigiusz Mróz sprzedaje więcej, a może najwięcej książek, jednak ilość nie przechodzi w jakość. „Forst” nie jest atrakcyjnym obyczajowo kinem, bogatym w psychologiczne obserwacje. Przypomina źle wymieszany drink, który mógłby się nazywać Frankenstein - z elementami trójkąta miłosnego, filmu o pokręconym życiu policjantów i thrillera. Przez wiele minut zamiast trzymać w napięciu, balansuje na krawędzi nie najlepszego gustu z momentami bliskimi kiczu, co może wywołać niezaprogramowany, rozpaczliwy śmiech.
Konwencje się nie kleją w jednorodną całość, jakby twórcy próbowali szczęścia, obstawiając przy scenariuszowej ruletce na chybił-trafił. Mamy wątek z monetami aureus oraz tajemniczą mapę i Pan Samochodzik może zaraz wjechać na plan. Bardziej z przygód Jamesa Bonda jest postać Łowotarskiego (Jerzy Rogalski). Trzęsie Tatrami z gniazda na słowackiej Łomnicy, tam wyprawia perwersyjne imprezy, na które dojeżdża się kolejką linową. Jest też coś z filmów Lyncha: Łowotarski oko zasłania bowiem czarną opaską, porusza się na elektrycznym wózku, ma też domowe kino, proponujące filmy z obyczajowymi hakami tym, którzy mu podskakują. A przecież nad nim też ktoś jest, jak w matrioszce.
Z Lyncha są też panoramy gór pokazane niczym Twin Peaks. Forst nie mieszka jednak w chałupie w stylu zakopiańskim, lecz w przyczepie samochodowej, co akcentuje motyw społecznego wyrzutka w stylu Eminema. Forsta stać jednak na gramofon, słucha muzyki z winyli, a zamiast dziabać się igłami, momenty napięcia rozładowuje kodeiną, często sięgając pamięcią do sierocińca, który jest w scenariuszu niezwykle ważny.
Więcej trupów niż turystów
Wkładem regionalnym jest z pewnością ojciec jednego z policjantów, który popatruje na góry upozowany niczym Sabała, jest więc trochę zakopiańskiej metafizyki. Mamy też wyroby z PRL. Nie da się bowiem ukryć, że twórcy serialu zamiast luksusowych lokalizacji wolą modne ostatnio w polskich serialach klimaty z lat 70-tych i 80- tych z mieszkankami typu nora oraz domami wczasowymi i kwaterami, które nie mogą liczyć nawet na jedną gwiazdkę. Słowem: polska czarnucha.
Najsłabsze są dialogi. Za te przestępstwa wobec widza nasłałbym Forsta na scenarzystów Agatę Malesińską i Jacka Markiewicza, którzy pracowali m. in. na motywach dwóch powieści Mroza – „Ekspozycja” i „Przewieszenie”.
Ostatecznie całość ciągnie jak lokomotywa Borys Szyc. Kobiety wiedzą, dlaczego lgną do tego idealisty, który goniąc przestępców zapomina zabrać na akcję pistolet, a i tak wypali wszystkim prawdę między oczy.
Zaś w czwartym odcinku, gdy do akcji wchodzą pogonie, ucieczki, pościgi i strzelaniny – można poczuć dreszczyk emocji, a nawet pośmiać się, gdy slogan „więcej trupów niż turystów” uroczo zapowiada rozpoczęte właśnie ferie zimowe.