Wydawało się, że gdy w grudniu w obozie dobrej zmiany osiągnięto kompromis w sprawie reformy Krajowej Rady Sądownictwa, a potem z łatwością przeszła ona całą ścieżkę legislacyjną, reszta będzie formalnością. Dziś już wiadomo, że tak się nie stanie. PiS, pochłonięty sporem z sędziami i prezydentem, zapomniał bowiem, że ustawy nie wystarczy uchwalić, trzeba ją też stosować. Po cichu liczono na podział środowiska w sprawie reformy. Zwłaszcza sędziowskich dołów z sądów rejonowych, od lat niechętnych elitarnej i wyalienowanej ze środowiska starej Radzie, w której nie miały żadnej reprezentacji. Reforma miała wpuścić do KRS świeżą krew, przeciwstawiając młodych sędziów starym. Ten scenariusz wydawał się o tyle realny, że wielu młodych sędziów, nie licząc się z ostracyzmem środowiska, chętnie przejmowało stanowiska prezesów sądów po zwolnionych przez Zbigniewa Ziobrę kolegach.