Wydawałoby się, że to wydarzenie bez precedensu w historii Polski. A tymczasem ... Nic nowego! Po prostu dzisiejszy rząd idzie w ślady marszałka Józefa Piłsudskiego, którego zresztą otwarcie podziwia.
Po zamachu majowym w 1926r. Piłsudski zyskał przemożny wpływ na życie polityczne w Polsce. Dzięki powołaniu swojego wiernego zwolennika Ignacego Mościckiego na urząd prezydenta, oraz noweli do konstytucji marcowej dającej prezydentowi prawo wydawania dekretów (tzw. nowela sierpniowa), piłsudczycy uzyskali solidną podstawę do sprawowania władzy. Umocnili ją popoprzez naginanie przepisów konstytucyjnych oraz odmowę respektowania przyjętych zwyczajów parlamentarnych. Zerwali np. ze zwyczajem, że rząd powinien cieszyć się poparciem większości parlamentarnej. W razie uchwalenia rządowi wotum nieufności prezydent powoływał po prostu taki sam, tyle że z inną osobą premiera lub nawet tą samą (tzw. III rząd K. Bartla). W tej sytuacji zarówno bezsilna opozycja, jak i ekipa rządząca zwróciły baczną uwagę na sądownictwo powszechne – upatrując w nim jedyną nadzieję na utrzymanie państwa prawa albo paraliż rządzącej sanacji. Nie były to obawy płonne – polskie sądy z Sądem Najwyższym na czele miały znakomitą reputację, były rzeczywiście niezawisłe i niepodatne na naciski polityczne. Wykazała to m.in. tzw. sprawa Czechowicza, kiedy to opozycja przegłosowała postawienie przed Trybunałem Stanu piłsudczykowskiego ministra skarbu Czechowicza, oskarżonego o przekroczenie budżetowe na znaczną sumę. Trybunałowi Stanu zaś przewodniczył z urzędu pierwszy prezes Sądu Najwyższego. Nie bez znaczenia było też, że Sąd Najwyższy nie chciał powołać komisarza wyborczego rekomendowanego przez rząd.