„Jezus przypomina, że człowiek siejący zgorszenie musi ponieść tego konsekwencje" – oświadczył Ojciec Święty, wyjaśniając, skąd tak surowe podejście.
I zapewne nie byłoby o czym pisać, gdyby nie to, że – na swoją skalę – mamy w Polsce podobny problem. Nie, nie chodzi na szczęście o bunt kapłanów, którzy nie chcą przyjąć biskupa (takie numery zdarzały się wcale nie tak dawno w Szwajcarii czy Austrii, gdzie duchowni nie chcieli konserwatywnych i ortodoksyjnych biskupów, ale nie u nas). Mamy jednak problem z własną plemiennością, którą czasem stawiamy wyżej niż katolickość. A przecież, aby wiara i zaangażowanie społeczno-polityczne były właściwie ustawione, musi istnieć odpowiednia hierarchia wartości, w której – jakkolwiekby to źle brzmiało dla uszu osób niewierzących, albo wierzących we własne poglądy polityczne, a niekoniecznie w nauczanie Kościoła – Bóg, wiara i Kościół muszą być na pierwszym miejscu, a zaangażowanie polityczno-partyjne na dalszych (bo zapewne nawet nie na drugim czy trzecim, bo tam są rodzina i Ojczyzna). Jeśli tak nie będzie, jeśli plemienne (a polityka w Polsce ma coraz bardziej charakter plemienny) zaangażowania postawimy na pierwszym miejscu, to popadniemy w idolatrię, czyli poddawanie się wartościom czy instytucjom, które – nawet jeśli są ważne – to nie mogą być pierwsze. To zaś uniemożliwia prawdziwą wiarę, zastępuje ją kultem bałwanów.