Trudno w tę informację uwierzyć. Andrzej Wajda wydawał się niezniszczalny. Trwał. Zawsze był. Trudno sobie wyobrazić bez Niego nasze kino. Trudno sobie też wyobrazić bez Niego Polskę. Wiem, że to brzmi patetycznie, ale jednak tak właśnie jest. Zmieniały się epoki, nad krajem przetaczała się historia, a On zawsze przypominał o naszych korzeniach, zadawał pytania: „Kim jesteśmy?”, „Skąd przyszliśmy?”, „Dokąd idziemy?”.
On sam powiedział mi kiedyś: „Przez lata pracy w PRL-u przyzwyczaiłem się do rozmowy ze społeczeństwem. Moje filmy docierały do tych, którzy rządzili, i do tych, których ceniłem bardzo wysoko — intelektualistów, pisarzy. Ale przede wszystkim do widzów. Do dzisiaj przechowuję listy od ludzi z małych miasteczek, którzy pisali do mnie, bo powiedziałem im coś ważnego. Nigdy nie przyjmowałem warszawskiej ani żadnej innej perspektywy. Zastanawiałem się, czy mój film będzie się podobał w Suwałkach albo czy zaakceptuje mnie Łódź. To była Polska, z którą rozmawiałem”.